Strona:Noc letnia.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I zaraz zstępuje sklepionemi wschody, tą samą drogą, którą wczoraj synowiec wdzierał się na zamek — U stóp wzgórza zerwał róż kilka, «to dla mojéj dobréj dziewczyny — ciszéj wiara — ciszéj — zejdziem ją niespodzianie w tym lasku i przywitamy dnia dobrego życzeniem» — Z pochylonemi głowy wszedł za nim orszak pod cienie jodeł i smutnych modrzewi — Węzły ścieżek ściskały się i rozpuszczały na przemian, wiodąc w głąb ciemną to na czyste smugi, to wbiegając na pagórki zasute agrestem — Starzec zaczął wołać córki, po imieniu — Echa naokoło naśmiewały się z niego, ludzie szlochali idąc z tyłu za nim — Nagle uderzył się ręką w czoło «zmora, zmora! a ja wierzę jéj jakby czemu dobremu — kiedyż wznidzie mi prawdziwe słońce?» — I rzucił się ku bliskiéj sośnie, objął pień rękoma, obudź mnie, obudź twarda koro» — Potem się odwróci i porwie najbliższego z orszaku za piersi i