Strona:Noc letnia.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czochrane, szata rozdarta, ni sztyletu w pasie, ni miecza u boku, i sine usta i śniade czoło jakby śmierć nań wionęła przechodząc, a on przed nią dotąd uciekał — «Nie puszczajcie ojca na krok jeden dalej» i dopadł starca i uchwycił go za ręce — «Gdzie żona twoja?» — Pan młody padł na kolana: «Poczekaj ojcze, wróć do twojej komnaty, tak rano spiącéj córki nie budź» — «A więc mówisz: nie budź jej, a więc ona się przebudzi jeszcze? — mów prawdę człowiecze bo zły duch mnie nawiedził snem strasznym — widziałem ją wołającą śmierci — a ty bezbronny tak jak teraz byłeś — i trzeci tam stał który dziecię moje zamordował — powiedz, wszak to wszystko marnym żartem nocy najgrawającej się z biednego ojca? — Schylił głowę pan młody pod nieznośnym ciężarem tego zapytania, drży całem ciałem a wzniesionemi rękoma opiera się starcowi — «Milczysz? ha! Bóg mnie skarał