Strona:Noc letnia.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


toną — Czasem westchnie jak owi nieprzytomni sobie co już nie myślą o doznanych bolach — czują je tylko — sami stali się bolem! Wtedy kwiat jakiś osuwa się z nad jéj łona i pada na ziemię — a jako fijałki, mirty i lilije spływają po jéj śnieżnéj sukni, tak za każdém westchnieniem łzy płyną zwolna po jéj białém licu!

Drzwi oddalone skrzypnęły — mimowolnie odskoczyły jéj ramiona — wyciągnęła szyję jak łania obudzona psów dopadających graniem — Słucha, czeka, płonie — I znów bliżéj coś się ruszyło — Zerwała się, uciekła w głąb komnaty, czepia się zasłon obicia, koło siebie je obwija i znów z pod nich się wymyka, bieży daléj, wreszcie padła na kolana, krzycząc: «Ty!» — na więcéj sił jéj niestało, w tem jednem słowie ostatnią nadzieję zamknęła i niewzruszoną na tem samem miejscu, w téj saméj postawie została! — Nic już nie słychać — przepadły gdzieś kroki i głosy co przed chwilą brzmia-