Strona:Noc letnia.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

na równi z zamkowym krużgankiem. Tu, pióra z czapki zerwał i wychylił z pod sklepienia głowę — Pusto wszędzie — z lewéj strony słychać pieśni i wrzaski — poznał że od nich brzmią ściany sali godowéj — na prawo milczenie, na prawo długi rząd okien od księżyca tylko roziskrzonych lecz w końcu krużganka tam gdzie się zaczyna baszta zachodnia, przez drzwi szklanne, rozwarte, promień lampy się wymyka — i niby jak jęk czasem ztamtąd się odzywa, ale taki nieujęty gdy mimo przelatuje, że go raczéj żądzą ducha uchwycić można niż słuchem — On go schwycił i wyskoczył z cieniów przejścia krytego, podobny zmartwychwstającym — i szedł prosząc się kroków własnych by milczały, szedł opierając się o filary i poręcze, wszystkiém ciałem podany naprzód — Lecz nim doszedł rozemknionych podwoi, kiedy już widział zasłonę co z nad nich się wyrywając śnieżnie w powietrzu igrała, kiedy uczuł że za tą cienką oponą śmierć i życie powiązawszy dłonie, na niego czekają, stanął i położył rękę na