Strona:Noc letnia.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Umilkł i zerwał się widząc, że księżyc już wysoko stoi — Oni schodzą ku niemu a wiją się chyżo a ślizgają się cicho i zewsząd go czarnem obwiązują kołem — potem podszedłszy bliżej staną i wołają: «Gdzie idziesz wodzu nasz?» — On rękę wyciągnął ku łónie co za wzgórzami blado płonęła — «Stój... to ogień wesela z zamku przodków twoich odbity na niebie — my cię nie puścim do tych którzy cię niecierpią, do téj która cię zdradziła!» — Na te słowa, on skoczył z głazu, krzyk jego przebił piersi wszystkich przytomnych: «Kłamcy! ona mnie nie zdradziła, bo dziś jeszcze spać przy mnie będzie, spać będzie na wieki! — Poświęciłem wam dom i dostatki ojców, życie i szczęście z nią — Ale śmierć z nią sobiem zachował — nadeszła ta chwila moja — puszczajcie mnie!» — i przechodził w śród nich, pióra jego czapki wiatr niósł nazad, pukle ciemnych włosów i zwoje płaszcza nazad, ale on szedł naprzód i gdzie skinął dłonią tam stawało się pusto — pomieszane wrzaski się wzniosły — jedni