Strona:Noc letnia.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

uklękli, drudzy pobiegli i znów w oddali murem przed nim stają — a wszyscy proszą by się zatrzymał, obiecują porwać oblubienicę, świadcząc się Bogiem że choć w zamku dobór rycerskiego ludu, oni go zdobędą przed świtem — On się zatrzymał — ucichli — głos jego się rozległ, wdzięczny jak za dni dobrych, lecz stanowczy jak na polu bitwy? «Dzięki wam bracia! ale starca spiącego w komnatach przodków moich, nie przebudzi szczęk szabel waszych — wzrosłem pod cieniem jego ręki — On pierwszy usta moje nauczył imienia ojczyzny — On pierwszy serce moje zapoznał z chucią bitew — Nim zatkniecie na jego zamku sztandary te czarne, święte, moje własne, wprzód mi umrzeć trzeba — Taki los mój — raz jeszcze bądźćie mi zdrowi!» — i odszedł kilka kroków i dodał jakby już nie do drugich się odzywał ale sam do siebie: «Co ksiądz zwiąże, tego człowiek nierozwiąże — chyba przeciąć musi!» — I mimowolnie wzniósł sztylet w górę — klinga kąpała się w miesięcznych