Strona:Noc letnia.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Sute też na zamku wyprawił wesele — nie wielu książąt na takie mogłoby się zdobyć — Wysoko nad całą krainą beczki smolne i kagańce świecą z murów — na podwórcach tak jasno jak we dnie, okna komnat otwarte, w komnatach sto harf gdy zabrzmi, trąby gdy zagrzmią, stóp tańcujących szum wzbija się i leci — porwane koła kręcą się, plątają, szaleją — On sam obchodzi świetlice i zagrzewa gości — Łza w jego oku nabrzmiewa, łza co z trudów życia wydobywszy się, pod koniec dziękuje Bogu za tyle dni co szły w krwi i pocie kiedy w tym ostatnim można o nich wszystkich zapomnieć — Wyszedł na przysionki i z ganku sypnął ludowi pełne misy srebra — wrócił i dyjamenty przyszpila napotkanym dziewojom do łona — Giermki co za nim idą, garbiąc się pod ciężarem bogatego sprzętu, podają mu naprzemian szable i złote łańcuchy, strusie kity i tureckie handżary — On na pamiątkę tego dnia niemi gości darzy — Czasem też stanie, weźmie z rąk pacholęcia spory kielich i usta mał-