Strona:Moi znajomi.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szkami siedział, dał się słyszeć okrzyk wściekłości. Był to głos Bohdareńki, który wypływał na trzecim z kolei «Hetmanie». Teraz dopiero zaczęto Framużaków prażyć. Pierwszy poszedł na dno «Mohort», a choć Czarniecki ocalony przesiadł się na «Kanonadę», którą właśnie wiatr do portu poniósł, i chociaż Framużaki ustrzelili «Rybkę», przecież nieszczęście uczepiło się ich widocznie. Łuk, z którego strzelał Tadzio, niósł sławnie; za to Staś, ze strony Szkatulaków walczący, krócej mierzył i zadawał szybsze ciosy. Wypływały dopiero «Warszawa» i «Zemsta» Szkatulaków, a już «Zuzula» straciła maszt i żagle. Kiedy po «Zuzuli» «Sicz» padła, a Chodkiewicz poległ, podniosły się rozpaczliwe lamenty z brzegu, na którym Juliusz uspakajał damy, a nawet ks. Kordecki wzniósł swoje kropidło.
Godzinę trwała zacięta walka, a zajadłość Szkatulaków była prawie tak wielką, jak ich bezprzykładne szczęście. Polegli mężni wodzowie Framugi, a flota jej rozbitą została. Jedna tylko «Dumka», kołysząc się na fali, usiłowała walczyć ze swoim losem.
Książę Józef, który stał na niej dotąd o maszt oparty i przepasany swą błękitną szarfą, wy-