Strona:Maryan Gawalewicz - Poezye.djvu/77

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Spokojniejsza, oparłaś skroń na mém ramieniu:
    Własnych myśli słuchając, — twoje serce śniło....
    Jam o burzy zapomniał, jak ty — w rozmarzeniu,
    I tak nam lubo, błogo, tak nam dobrze było.
    Że wśród burzy spłakanéj wreszcie deszczu strugą,
    Siedzieliśmy tak troje razem, długo, długo....
    Ja, ty i ptaszę małe, co z kłótliwym grzmotem
    Rozmawiało niekiedy lękliwym świegotem.


    ∗                ∗

    Dawno temu — a serce ciągle na uwięzi
    Owych wspomnień, do znikłéj wciąż przeszłości wzdycha,
    Dziś, świéży liść się zwiesza z tych samych gałęzi,
    Niebo jasne, pogodne.... noc zapada cicha,
    Słońce niby w myriady iskier się rozprysło,
    A każda gwiazda płonie wśród błękitów fali....
    Kilka chmurek niezwianych na niebie zawisło....
    Spokój taki!... pastuszy słychać flet w oddali,
    W tchnieniu nocy z łąk płynie zapach sianożęci....
    Czemuż z zwieszoną głową smutny pytam siebie,
    Gdzie burza, co tak lubém echem gra w pamięci?
    Czemu niéma błyskawic i gromów na niebie.
    Dlaczego choć to ptaszę małe nie przyleci
    Przypomniéć ową chwilę rozkoszną świegotem?...