Strona:Marian Pilot - Panny szczerbate.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dziecko rozpłakało się płaczem cichutkim jak jęk komara.
— Trzeba by coś — rzekł ten, który liczył cielęta.
— Trzeba by...
Zastanawiali się chwilę.
— Żeby nie płakało...
— Gdzie się to mu nie urodziło...
— Może ustało? Leć, przyzwij kobiety.
— Ale tam, leje, jak lało.
— Zaśpiewać mu może?
— Głupiś, to przecież całkiem małe...
Stali zafrasowani. Kobieta uciszała dziecko.
— Może... — ozwał się znów któryś.
— Cicho — wyszeptał mąż kobiety. — Cicho. Idą...
Zamilkli, poprzez cichnący płacz dziecka przebijały odgłosy zbliżających się kroków.
— Ucisz go, Mario, ucisz go... A wy idźcie na swoje miejsca.
Nie poruszali się ciągle jeszcze.
— Czy oni muszą... Czy oni nie mogą nie przyjść? — zapytał najstarszy.
— Czy nie możemy nic... nic?
— Nie może się stać coś innego?
Zbliżali się wszyscy ku niemu.
— Jest nas siedmiu chłopa.
— Zabarykadujemy drzwi.
— Kamieniami rozbijemy im głowy.
— Zagubimy ich w puszczy.
— Nie — powiedział mąż kobiety. — Nie.
— Ty tak mówisz? — krzyknął najstarszy z nich. — Ty, ojciec?
— Stańcie na swoich miejscach — zmęczonym głosem powiedział mężczyzna.
Kroki zbliżały się... Nasłuchiwali w milczeniu. Kobieta zerwała się nagle spod skór.