Strona:Marian Pilot - Panny szczerbate.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zimno — poskarżyła się kobieta.
Milcząc, ciągle jeszcze przerażony, ściągnął kapotę i nakrył nią nogi kobiety.
— Taka jestem w środku... — szepnęła — jak wieloryb po wypluciu Jonasza...
— No — powiedział. — Cicho...
Podszedł do krowy i sunąc dłonią po jej ciepłym brzuchu napotkał wymię gorące i pełne. Krowa zaryczała cicho. Mleko pociekło mu po rękach. Napełnił nim zagłębienie dłoni i wróciwszy do kobiety, wlał jej kilka kropel do ust.
Nagle doszły go jakieś głosy. Przykucnąwszy obok kobiety, wpatrzył się w drzwi.
— Jest tu kto? — krzyknął ktoś z zewnątrz. — Tu ktoś jest!
— My — powiedział mężczyzna podnosząc się. — Ja, kobieta i dziecko... urodziło się dziecko.
— Jak? — krzyknął ten sam głos. W wejściu zamajaczył czyjś kształt. — Dziecko? A cielęta? Wszystkie, co? Przelicz no, Kuba. — Zbliżał się, wionął od niego zapach baraniego kożucha i swojuchy. Łysnął mężczyźnie latarką w oczy, podszedł do żłobu.
— Dziecko — powiedział i cofnął się, zdjął czapkę. — No... Patrzcie, psiakręćka...
Zbliżył się znów, pochylił nad żłobem; podeszli pozostali.
— No, patrzcie... Jaki to. Ale, ale... Gdzie to się dzieciak nie urodzi... — mówili przypatrując się kobiecie i dziecku z ciekawością i zakłopotaniem. Któryś zdjął kożuch, nakrył nim kobietę, inni poczęli robić to samo, ale kobieta powiedziała, że nie trzeba.
— Jaka kruszynka... Takie małe — powiedział najmłodszy. — Użyje to takie małe? — I znów przysunął się z latarką ku żłobowi.