Strona:Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miał malignę, biedaczek; prosił, aby mu położyć jego skrzypce przy nim na poduszce i rozmawiał z niemi.
Co pewien czas poruszał palcem strunę i słuchał.
— Słyszysz, mamusiu — mówił do matki — dzwony biją, prawda?... to pogrzeb idzie. Marsza grają, o!... marsza pogrzebowego. Ja go także umiem grać, wie mama?... Żebym tylko mógł smyczek utrzymać, to zarazbym zagrał, ale pan doktor by się gniewał, prawda?... Trzeba cicho leżeć i nie ruszać się.
Te majaczenia w nocy okropnie przestraszyły jego matkę.
— Myślałam, że już do ranka nie dożyje — szeptała do mnie w sieni — już nie wiedziałam, co