Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/269

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    kraj i szarą, nudną drogę. Ogarniała go coraz większa smętność i obojętność, coraz większe zmęczenie. I oto ujrzał przed sobą dom szary przy drodze i ucieszył się, że tam znajdzie posiłek, napój i gościnę. Już wcale wędrować nie miał siły i zmrok ogarniał świat cały. Ledwie doczołgał się do progu.
    Na progu siedziała niewiasta — gospodyni — i każdy, kto wejść chciał, z nią rozprawiał. Gdy na Maćka kolej przyszła, podał jej garść złota i rzekł zgóry:
    — Pańską chcę mieć gościnę i nocleg.
    Spojrzała nań i zrobiło mu się straszno, od oczu jej zimnych, nieubłaganych.
    — Sakwy rzuć — rzekła.
    — Za żebraka mnie masz! Toć złoto jest.
    — Sakwy rzuć! — powtórzyła.
    — Przenigdy. Zbierałem, by mieć.
    — To nieś!
    — Chcę spocząć! Noc. Przyjmij! — rzekł już pokorniej, czując, że i kroku dalej uczynić nie może.
    Nie odpowiedziała. Mrok gęstniał, chłód ogarniał Maćka, groza nocy, ciemności, pustki, trwoga, bezsilność, rozpacz, osamotnienie.