Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/184

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — On mówi, że on z katolików. Dziad katolik był — rzekła Zonia. — A tu i innych niema. On i do cerkwi mało chodzi.
    — Pewnie — co nam robić! Ja tobie nie mogę bronić — taki los. Pomyśl sobie — do ciotki napisz do Kijowa. Lata masz i rozum.
    Oprócz lat i rozumu, Zonia miała serce i gorącą krew, a pisarz był chłopak jak malowanie. Pomyślała krótko — zgodziła się.
    Trzeba było znowu do kościoła jechać po metryki. Teraz już konie nie kosztowały — narzeczony dał stójkę gminną; pojechał Borucki z córką. W kościele bywali raz do roku, a czasem i raz na lat parę. Ksiądz był stary i zimny. Wyspowiadał ich oboje, potem metrykę wydał.
    — Zapowiedzi nie trzeba — rzekł i grosza nie wziął.
    Wracali jednak jacyś chmurni i milczący — i dziewczyna płakała. Ale w domu czekał narzeczony, rozchmurzył, czekała wyprawa, przygotowanie do wesela — zapomniała.
    Wesele było, jakiego nie pamiętano w Wołczni. Cała inteligencja, nawet sędzia z żoną, byli w cerkwi, wszyscy śpiewacy ze