Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/183

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    rzową wołostną — a wołość była dochodna. Tylko jeszcze był kłopot z najmłodszym, z Władkiem, którego pospolicie zwano Wołodia. Chłopak był zdolny i ciekawy, skończył „narodną“ szkołę, trzeba go było dalej uczyć, ale już nie było gdzie. Świat leżał tak daleko za Wołcznią, że do niej nie dochodził żaden dźwięk stamtąd, a tylko Borucki wiedział, że dla Wołodi niema tam ni „lgotnych“ praw, ni taniej nauki, ni opieki i pomocy. Nawet i nie próbował się starać, podawać próśb, szukać protekcji u swoich zwierzchników.
    Chłopak tymczasem rósł i próżniaczył, i całe szczęście, że czytać lubił. Gdzie mógł, dostawał gazety, książki, zachodził też na pocztę i wkręcił się na bezpłatnego pomocnika. Urzędnik, kawaler Zoni, chętnie go przyjął. Nareszcie Zonia wyznała ojcu, że pisarz się oświadczył — prosiła o radę. Borucki się zadumał. Naprawdę los to był świetny, bo Makarewicz i posadę miał intratną i w Pińszczyźnie mająteczek, i nie pił i nie łajdaczył — uznanie nawet u „sprawnika“ miał.
    — Tylko, że ruski! — szepnął Borucki, oglądając się, żeby kto nie podsłuchał.