Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Lizogubow.
— No i wszystkich wypędzili?
— Nie. Lifszyc się zaparł, Lizogubow się wykręcił. Zwalili wszystko na mnie.
— Bardzo słusznie.
— To był z ich strony niecny postępek.
— A ty się czego spodziewałeś? Walczyliście za wolność całej ludzkości — oni przedewszystkiem swojej bronili i obronili. Byłeś najgłupszy — toś przegrał. Tylko nadal bądź ostrożniejszy. Lifszyc ma tedy pieniądze, Lizogubow plecy — a ty, jak nie będziesz miał także czegoś — to wiecznie w ciurach za nimi będziesz chodzić i służyć za ofiarnego kozła.
Teraz niełaska rodziców spadła z całą siłą na chłopaka. Matka wzdychała i płakała, ojciec — gdy się odzywał, to z oburzeniem, lub niechęcią.
Co miał robić, dokąd iść? Wszystkie szkoły były dlań zamknięte — żadnej karjery!
Czuł się bezczynny, zgnębiony, przechodząc od wściekłych wybuchów zemsty i zawziętości do apatji, od szału do łez. Zwierzenia czynił przed dziadem.