Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jeczkę — każdego z młodych obserwował i z pod siwych brwi błyskał rozweselonemi oczami.
Stary szaleniec niepoprawny, on się cieszył, czując w powietrzu rebelję!
Ale jakoś wakacje minęły bez wybuchu czynnego i dzieci wróciły do szkół.
Cisza trwała do pół zimy — i oto przyszła depesza od szkolnej inspekcji — wzywająca ojca. Zastał skandal. Młodszy syn został wyrzucony ze szkół za rewolucyjną propagandę.
— Nareszcie jeden! — mruknął stary pan, gdy chłopak wrócił z ojcem — i zaraz wziął go na spytki o katastrofę.
Zdarzyła się zwykła historja. Stowarzyszenie „nowego ładu“ wydawało odezwy płomienne, zbierało składki — a wreszcie pokiereszowało scyzorykiem portret władcy. Przeprowadzono śledztwo i wykryto wszystko.
— Któż pisał odezwy? — pytał stary pan.
— Ja.
— A kto zbierał składki?
— Lifszyc.
— A kto pociął portret?