Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


musnął policzki Kostusi. Mimowoli przymknęła oczy, spuściła głowę. Wietrzyk upajający był i rozmarzający. Zdało się jej, że wokoło niej kłosy falują, nad głową płaczące brzozy szepcą. Pole to było, gdzie ojciec leży, brzozy to były, co rosną wokoło matczynej mogiły. Woniały słabiutko zbożowe kwiaty, złocienie, bławatki, dzikie powójki. Z rękami, pełnemi kwiecia, stała, zasłuchana w tę cichą piosenkę, co do niej szła od pól rozkołysanych, od rubieży, gdzie mamki chata była.

Naco mają ludzie wiedzieć,
Gdzie dziewczyny wrota,
Naco mają ludzie wiedzieć,
Gdzie kocha sierota.

Dziewczynę przejęła ta melodja. Oto nisko głowę skłania i zrozumieć chce, skąd piosenka płynie: czy od ojca mogiły, czy od matczynej? Zda się, wskróś ziemi idzie. Głowa jej osuwa się na posłanie Sewera, wspiera się na jego ręce i tak pozostaje, na chwilę uspokojona, na chwilę szczęśliwa.
A w tej chwili otwierają się powoli oczy chorego i podnoszą się na błękitnawy blask księżyca, co w nie ze dworu zagląda, a potem podnosi się ręka i kładzie się na tej głowie uśpionej z przeczuciem, że tam ktoś żyje i kocha. Kostusia budzi się i spotykają się ich wejrzenia milczące. W źrenice chorego napływa nagle falą myśl, pamięć i natychmiast bezmierne uradowanie. Zadrgały kąty ust Sewera i po wysiłku poruszyły się szeptem: