Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



X

Było to w nocy, nocy księżycowej, cichej na niebiosach, rozbrzmiewającej na ziemi śpiewaków chórem.
Okienka chaty stały otworem, a wnętrze tylko miesiąc oświetlał, łóżko chorego i ciemną głowę Kostusi, czuwającej przy nim. Gdzieś z mroku biegły westchnienia starej mamki i same tylko przerywały spokój.
Trzecia to noc była. Chory na chwilę nie odzyskał przytomności i mowy, nie rozwarł powiek. Tylko dyszenie nierówne, ciężkie podnosiło jego piersi, tylko żar gorączki zdradzał życie.
Zmęczeni wielogodzinnem czuwaniem, Michał i Kazio usnęli w komorze. Nie spodziewali się rychłego zwrotu w przebiegu choroby. Kostusia nie czuła się wcale zmęczoną. Na ławce, obok posłania siedząc, patrzała na chorego, zmieniała na głowie jego zimne okłady, co godzinę wlewała mu do ust łyżkę lekarstwa. Zresztą suche były jej oczy, milczące usta.
Wśród nocy, przez okienko wtargnął do izby leciuchny, wonny powiew, dotknął oblicza chorego,