Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w eleganckich szlafroczkach, z utrefionemi loczkami, uśmiechnięte pieszczoszki i faworytki rodziców.
Szczebiotały z ojcem po francusku, między sobą po angielsku, do Kostusi nie odzywały się wcale.
Chrupiąc biszkopty, przypuszczały do ojca szturm o przyjemności i rozrywki, układały wycieczki lub odwiedziny w sąsiedztwie.
Kostusia haftowała w milczeniu.
Nareszcie panienki kończyły ranny posiłek i wybiegały, pociągając za sobą ojca.
Wówczas ona sprzątała przysmaki, lokaje zdejmowali nakrycie, spożywała kęs chleba z herbatą i wybiegała do roboty.
Przez dzień cały potem czarny jej kamlot i pasiasty fartuch widać było po wszystkich zakątkach dworu, migała jak wielki, żałobny motyl od sernika do wędlarni, od lamusa do kurników, od ogrodu do pasieki. Zaglądała w kąty i zakąty, chwaliła, ganiła, prosiła i uśmiechała się, jak mrówka niestrudzona i silna, jak skowronek wesoła. Do obiadu i wieczerzy zjawiała się w pałacu, zarządzała zastawę i miała swe miejsce w gronie rodziny, na szarym końcu stołu.
Czasem odzywano się do niej protekcjonalnie lub żartobliwie, przy gościach ignorowano ją zupełnie.
Tak do późnej nocy krzątała się i krzątała.
Dopiero gdy pałac oświecał się rzęsiście, a na folwarku do snu się zabierano, wstępowała powoli na swe wyżyny.
Była to dla niej jedyna chwila odpoczynku. Sia-