Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ma robić dzisiaj. Powoli rysy jej rozchmurzały się i łaskawie spoglądała na szczupłą postać dziewczęcia, pochyloną nad delikatnym haftem.
— Wypijże śniadanie — kończyła rozmowę zupełnie już uprzejmie.
Potem przychodził zwykle do jadalni sam gospodarz, człek mocno otyły i przysadzisty, z natury jowialny i szczery.
— Ha, Kostusia! — wolał od progu. — Jak mi dasz kapitalnej herbaty, to ci coś powiem ciekawego!
Dostawał herbatę, rozsiadał się wygodnie, zapalał cygaro i zaczynał drażnić się z dziewczyną.
— Słyszałem, że dzisiaj wstałaś o godzinę później.
— Nie, wujaszku! Jak codzień — broniła się.
— Słyszałem też, żeś wczoraj spaliła na karmelki syrop do konfitur.
— Dajże jej spokój, mój drogi! — protestowała pani.
— Podobno ją oszukał na trzy złote kupiec od twarogu — recytował dalej.
— Nie może być — oburzała się wtedy — jeśliby nawet oszukał, to swojemi pieniądzmi dołożę.
— Pi, pi, pi! Co za hardość! A dużo ty ich masz? Może mnie pożyczysz?
Śmiała się serdecznie i on się śmiał, tworząc na suficie arabeski z dymu, rozkoszując się swym dobrobytem, spokojem i dobrem zdrowiem.
Pani domu opuszczała jadalnię i udawała się na przechadzkę do ogrodu, a na jej miejsce ukazywały się dwie pociechy i chluby domu, dwie panienki