Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z obór biegła do piwnicy i dozorowała pomiaru i zlewania mleka, a stamtąd, napędzana obawą opóźnienia, wracała znowu do pałacu.
W sali jadalnej pod jej nadzorem lokaje zastawiali dla państwa stół do śniadania.
Ogrodnik przynosił przepyszny bukiet, zjawiały się na śnieżnej bieliźnie saskie filiżanki, ciężkie srebro, w ozdobnych koszach eleganckie przysmaki. Przy oknie ustawiano maszynkę do kawy i samowar i ona zajmowała tam swe miejsce.
Odpinała fartuch i chowała go na spód kosza, a natomiast wydobywała serwetę nową i haftowała na niej kunsztownie spleciony monogram pod koroną o licznych gałkach.
Czekała zwykle dość długo, spoglądając niekiedy od roboty swojej to na zegar, to w okno słońcem objęte, uważna na każdy szelest w głębi mieszkania.
Pierwsza ukazywała się zwykle pani domu, osoba okazałych kształtów ze śladami piękności na twarzy osoba arcyenergiczna i arcykapryśna.
— A, jesteś już! To dobrze. Daj mi kawy!
Takie było codzienne powitanie.
— Zła śmietanka! Pewnie szafarka za twemi plecami podlewa ją wodą. Tyle razy ci powtarzam, żeś powinna mniej polegać na służbie, a więcej sama się zajmować.
— Dobrze ciociu — odpowiadała ze zwykłą swą pogodą.
Była zatem krewną, nie sługą.
Pani domu sączyła powoli kawę i egzaminowała ją ściśle: ile było mleka, ile usmażono konfitur, co