Strona:Maria Rodziewiczówna - Między ustami a brzegiem puharu.pdf/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— To ostatnie nadzwyczaj prawdopodobne! — potwierdził szyderczo Schöneich.
Wszyscy wybuchnęli homerycznym śmiechem.
— Może umarł!
— Pewnie pojechał do Konstantynopola!
— A może go pan, hrabio, spotkał na Ladronach?
Robiono coraz dziwniejsze przypuszczenia.
— A ja wiem, co się z nim stało! — ozwał się Herbert, wydymając się jak paw.
— No, no, że też ty coś wiesz nowego! — szydził Schöneich.
— Przegrał zakład ze mną. Wstydzi się pokazać i żałuje „Scherza“.
— Jaki zakład?
— O piękną damę, kiedyś, w teatrze.
— Aha, na wiosnę... Ta w opalach! Wiemy wiemy, Znalazłeś ją? Słuchamy!
Herbert uśmiechnął się triumfująco. Wypił kieliszek wina, rozparł się jak basza i odchrząknął do narracji. Schöneich odchrząknął także.
— Było to w Ems...
W tej chwili za drzwiami rozległo się szastanie lokajów i głos rozkazujący:
— To dobrze. Otwieraj!
Herbert zamilkł. Na progu stał Wentzel Croy-Dülmen we własnej osobie.
Prosit-Mahlzeit! — powitał wesoło.
— Aaaa! — rozległo się na wszystkie tony.
Porwano się gromadnie z powitaniem. Dobry kwadrans krzyżowały się wykrzykniki, pytania, śmiechy, koncepty; potem usadowiono ulubieńca na honorowem miejscu i zaczął się formalny szturm ciekawości.