Strona:Maria Rodziewiczówna - Między ustami a brzegiem puharu.pdf/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Schöneich zrzucił binokle, oparł łokcie na stole, oglądał przyjaciela od stóp do głowy; sam nie badał, ale słuchał, obserwował, kiedy Wentzel kłamał, czy prawdę mówił. Podrzucał co chwila nieznacznie jakiś dowcip.
Admirał pierwszy przyszedł do słowa:
— Czy nie spotkał pan przypadkiem mojej żony? — zagadnął naiwnie.
— I owszem. Miałem przyjemność podróżowania jednym pociągiem — odparł spokojnie.
— Czyż tylko jednym pociągiem? — zamruczał Schoneich.
— Jakto! Kiedyż pan wrócił?
— Przed godziną. Ledwiem się przebrał i rozmówił ze Sperlingiem, i oto jestem.
— Więc Aurora już jest?
— Jest i czeka pana niecierpliwie.
— Uhm, niezawodnie! — burczał gdzieś w pobliżu niemiłosierny dowcipniś.
Admirał rzucił cygaro na obrus, zapomniał rękawiczek, nie wziął reszty z pieniędzy i wyleciał, ubierając się na schodach.
Za nim pogonił grad dowcipów.
— Pośpiech wart szczęśliwszych rezultatów. Fregata zawija do portu w archipelagu wysp Złodziejskich, po hiszpańsku Ladrony! — objaśniał serjo baron.
Wentzel z miną niewiniątka spożywał obiad. Opadnięto go znowu, na wyścigi.
— Coś porabiał tyle czasu? Można było podbić Europę!
— Objechać kraj cały! Napisać strategiczne dzieło!