Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zbliżył się i znowu położył rękę na ramieniu.
— Nie dotykaj! — burknął Rafał.
Malarz spojrzał zdziwiony.
— Nie dotykaj! — powtórzył dobitniej.
— Kaziu! — zawołała panienka. — Ależ to być nie może! To żart nowy pana Feliksa. Ten pan się gniewa na ciebie!
Malarz odskoczył.
— Powiedziano mi, że od kilku dni w Rahoźnej jest nowy strażnik, mogący służyć za model, i wskazano mi pana! Jeślim był wprowadzony w błąd, nie moja wina. Jestem Kazimierz Sarnecki.
— Radwan! — była krótka odpowiedź.
Feliks, który z wielkim trudem śmiech tłumił, wybuchnął nareszcie z całego gardła.
Panienka obejrzała się i pogroziła mu palcem, potem nieśmiało spojrzała na Rafała.
Oddalił się trochę, a za nim szedł malarz, tłumacząc się, przepraszając bezustannie.
Oczy jego wciąż pożądliwie śledziły rysy pięknego chłopca, wyrażały zachwyt i zapał, tak zapamiętały, że go nie odstraszał i złowieszczy wyraz oczu i ponure zacięcie ust pysznego modelu.
Rafał, rzuciwszy swe nazwisko, zamilkł. Do ganku podszedł, odłożył strzelbę, wziął do rąk jeden z pistoletów, nabił go i spojrzał w stronę Lachnickiego.
Ale leśniczy wobec panicza stracił rezon. Stał na boku ze spuszczoną głową i gładził jedwabiste uszy wyżła faworyta. Był w tej chwili sługą i podwładnym.
— Cha, cha, cha! — zaśmiał się Feliks. — Ta mina filozofa, traktowanego per „mój przyjacielu“, ta zgroza, to oniemienie z gniewu i podziwu! Jak żyję takiej farsy nie widziałem! Panno Anielo, i dlaczego, u Boga, pani