Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przerwała to widowisko! Maluczko, a doszłoby do gestów. Kazimierzu, podziękuj siostrze, dzięki jej tylko wyszedłeś żyw ze szponów smoka!
— Błazen jesteś! — burknął malarz i, znowu zwracając się do Rafała, po raz dziesiąty wyciągnął do niego rękę.
— Wszak mi pan mimowolną niegrzeczność daruje. Przepraszam i przepraszać nie przestanę, aż pan zupełnie tę scenę puści w niepamięć. Ależ panie, straciłem zupełnie zimną krew na widok pana. Zabawnie to brzmi ode mnie do pana, niby komplement kobiecie, ale takiej piękności, jak pańska, nie spotkałem dotąd ani tu, ani zagranicą, a mogę powiedzieć, że przewałęsałem się po świecie w pogoni za estetycznem pięknem lat spory dziesiątek. No, i pomimo wszystko wdzięczny jestem Rahozie, że, choć z konceptem niesmacznym, ale przecie zapoznał nas z sobą. Śmiem wierzyć, że będzie to dobra znajomość.
Znowu drobna, kobieco biała dłoń artysty, wyciągnęła się do uścisku; tym razem i Rafał swoją podał.
— Nie mam do pana żadnej pretensji! — raczył wymówić.
— Aha, więc do mnie! — zaśmiał się Feliks, podchodząc i z drwiącą miną na niego spoglądając. — Od artysty dostałem tytuł błazna, a od ciebie co posłyszę, mistrzu?
— Nic!
— Jaka szkoda! Dużobym dał, żeby ciebie raz w życiu wyprowadzić z cierpliwości.
— Dużo dasz, a ja dużo wezmę wtedy! — odparł Rafał z dziwnym spokojem.
— Zawsze okropne rzeczy obiecujesz. Wiesz przysłowie: Krowa, co wiele ryczy...