Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Panienka ruszyła przodem w stronę dworu, oni za nią; rozmowa się urwała. Przed każdym członkiem rodziny Rahozów leśniczy miał respekt, graniczący z nabożeństwem. Nie wypadało, wedle niego, iść blisko córki dziedzica, więc kroku zwolnił; nie wypadało wszczynać rozmowy, więc umilkł zupełnie.
Powaga starszeństwa hierarchji i władzy była dla niego rzeczą tak niedostępną, tak ważną i konieczną, że choć popularność panny Kazimiery pochlebiała jego sercu i wrodzonej dobroduszności, ale w gruncie rzeczy nie pochwalał jej. Wolał dumę Rahozy, wolał sarkazm pogardliwy panicza. Panna Kazimiera za dobrą była, zanadto łagodną i grzeczną, podobną do prostej szlachcianki. Doszedłszy do ganku, obejrzała się na nich i znikła. Musiała oznajmić wizytę, bo ledwie leśniczy wszedł do sieni i ku drzwiom kancelarji pańskiej zmierzał, przeciwległe drzwi do jadalni otwarły się i sam Rahoza wyjrzał.
— Tutaj proszę, Lachnicki! — zawołał.
Pan asystował widocznie śniadaniu syna, który, nadąsany i chmurny, siedział nad spóźnioną kawą i ziewał. Panny Kazimiery nie było w pokoju.
Lachniccy weszli i stanęli u progu. Nikt ich nie prosił bliżej, ani podał krzesła. Pan Rahoza od stołu trochę się odwrócił i powitał kiwnięciem głowy. Feliks ani się poruszył.
— Cóż, doktora swego przyprowadziłeś? Wielki człowiek z pana Adama! Jakże tam studja?
— Dobrze, proszę pana! Chłopiec się stara. Za dwa lata skończy i w miasteczku się ulokuje.
— Ta, ta, ta! Nie wierz temu, mój kochany. Obiecanka. Pan doktór w stolicy osiądzie, albo zagranicę