Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyjedzie. Kto wyszedł ze swego stanu i ma ambicję wywyższenia, ten do gniazda nie wraca. Nie moja to rzecz wtrącać się w familijne sprawy moich oficjalistów, ale myślę, że na świecie robi się szkodliwy przewrót. Syn pastucha uczy się na pisarza, syn parobka na pocztowego urzędnika, syn kowala pnie się do akcyzy, syn szewca do policji. Byle nie zostać w swym stanie. A wyżej to samo: uczyć się, rzucić rzemiosło, pług, obowiązek, uciec do miasta, zostać inżynierem, adwokatem, doktorem, naczelnikiem, radcą, ministrem. Ho, ho, ho! Niema granic teraz tym chęciom; to też robi się na świecie aż ciasno od niedouczonych i wykolejonych malkontentów; a tutaj, sądzę, że po latach my będziemy trzodę paśli, orali, buty szyli i konie kuli, bo wszyscy tam w górę pójdą i zmarnieją! Tak ja myślę!
— Byle panom stało na służbę, to służby nie zbraknie — ozwał się Adam zcicha. — A co do mnie, to pan się myli. Gniazda swego się nie wstydzę, ani mi tutaj nikt hańby żadnej dowieść nie może. Więc wrócę i zostanę.
Rahoza wielkie swe brwi zmarszczył i spojrzał uważniej na młodzieńca, co mu tak śmiało zaprzeczał. Zwrócił też na niego uwagę Feliks, bo obejrzał się powoli i rzekł:
— Panu Adamowi moje uszanowanie! Naucz się pan bańki stawiać, krew puszczać i muchy hiszpańskie łapać na wiosnę. Dosyć będzie z ciebie tej nauki.
Adam milczał. Na twarzy jego malowała się męka i ból okropny. Machinalnie ściskał na piersiach czapkę swą akademicką, a zęby mu dzwoniły, jak w febrze.
Stary Lachnicki oczy wbił w ziemię i westchnął. Słowo pańskie święta rzecz i on tak myślał; ale chłopiec