Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Klęczeli tak całą mszę i potem żadne się nie poruszyło. Dopiero stary Lachnicki trącił syna i sam wstał, bijąc, jak młotem, w piersi. Adam ruszył za nim.
W kruchcie młoda osoba dopędziła ich, wyszli przed bramę i stanęli.
— Widziałam pana wczoraj na dworcu kolei — rzekła do Adama, podając mu rękę. — Spóźnił się pan bardzo w tym roku. Musiał pan syna wygderać za zwłokę? — dodała, witając starego uśmiechem.
— Zapomniałem gniewu, jakem go zobaczył! — odparł Lachnicki, z dumą patrząc na syna.
— Może się egzaminy nie powiodły?
— To się po nim nie pokaże! — uprzedził ojciec odpowiedź Adama.
— Więc się chyba panu nie śpieszyło do domu?
— O trzy dni tylko przybyłem później, niż zwykłe. Na papiery czekałem z akademji; — przyszedł wreszcie do słowa Adam.
— Zdaje mi się, że pan nie sam był na dworcu?
— Kolegę przywiozłem na wakacje. Przyjaciel mój.
Przez twarz dziewczynki przemknął cień. Umilkła.
— Zaprowadzę chłopca do pana teraz! — ozwał się Lachnicki. — Nie zechciał po staremu służyć na straży, to niech chociaż pokaże, iż za syna sługi się ma i że mu nauka w głowie nie pomieszała. Prawda, Adasiu?
Rumieniec oblał lice panny Kazimiery; spojrzała na niego, jakby go przepraszała.
Ale on się tylko uśmiechnął łagodnie i głowę skłonił.
— Pójdziemy, ojcze! — rzekł spokojnie.