Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




IV.

Nazajutrz leśniczy obudził rano syna. Adam porwał się żywo, ubrał świątecznie i wyszedł na palcach, by nie obudzić Rafała.
W kościele dzwoniono na mszę, więc ruszyli śpiesznie w stronę miasteczka, rozmawiając wesoło. Mieszczanie pozdrawiali ich przyjaźnie po drodze; do Adama uśmiechała się każda twarz, a do twardej prawicy Lachnickiego wyciągała każda dłoń. Szanowani widocznie byli w okolicy.
W kościele, jak zwykle w dzień powszedni na wsi, pusto było; uklękli przed kratkami i modlili się gorąco.
Organy huczały, więc nie posłyszeli kroków za sobą i tylko nagle Adam drgnął i oczy od ołtarza odwrócił. Musnęła jego ramię koronka i młoda dziewczyna uklękła obok, zarumieniona i zdyszana od prędkiego chodu.
Oczy obojga, szafirowe, jasne i bardzo podobne wyrazem, zbiegły się z sobą na sekundę, promieni pełne i rozradowania i, jednocześnie podnieśli wzrok z siebie na ołtarz i modlili się bez słów powitania.
Tylko w jego rysach przesuwał się czasem dreszcz nerwowy, a po jej czole i ustach wyraz żałosnego niepokoju.