Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cy. Przez niego jestem tem, czem jestem, i będę, czem zostanę. On mój mistrz!
— Feliksa pani nie lubi. Dokucza drwinami.
Ruszyła wzgardliwie ramionami.
— Co mi on? To nie człowiek. Egzaminu nie zdał i śmieje się. Żebym ja egzaminu nie zdała...
Urwała i oczy jej błysły dziko.
— To co?
— Tobym nie żyła! Ale ja co rok zdaję z nagrodą pierwszą. I pan Rafał pierwszy. Pan Feliks ambicji nie ma, ani woli. Czy to człowiek?
— Ale wesół i poczciwy.
— Wesół i wróbel i Żuczek i wszystko, co nie myśli. Czy zasługa i cnota? Mnie to nie bawi, nie mam czasu. U pana Feliksa nic niema świętego, ani szanownego.
— No i Rafał w niewiele świętości wierzy i mało co szanuje.
— Pan Rafał ma świętość szlachetności, ma poszanowanie wielkości ducha i nauki. Miałby prawo patrzeć zgóry na świat i ludzi, z wyżyn swej wiedzy i siły; on mędrzec i uczony, a pan Feliks dziecko.
— A dokądże panią Rafał zaprowadził?
— Do takich źródeł, z których się pan Feliks nigdy nie napije, do takich celów, których on nie rozumie, choć śmie żartować z pana Rafała. On!
— Byłe z Bogiem, życzę pani powodzenia. Wieczne życie dają zdroje gorącej wiary i poświęcenia, a orle siedliska na podniebnych szczytach ma myśl wielka i wiedza. Ale całe niebo ma ten dopiero, kto wielce kocha, a źródła cudowne ma ten tylko, kto cierpi i dziękuje. I takich wiele na świecie... Zna ich pani?
Podniosła na niego oczy czarne, zmęczone, a tak