Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czyste i głębokie, że w nich, jak w krynicy, widać było do dna myśl i duszę.
— Miłość, jak każda namiętność, jest słabością, a cierpienie, znoszone z podzięką — niewolnictwem! — odparła po namyśle.
Oczy jej czyste świadczyły, że wypowiada frazes nauczony, że decydowała o kwestji, o której nie miała żadnego własnego pojęcia.
Błękitne oczy studenta sypnęły iskrami. Podniósł dumne czoło.
— To fałsz, panno Leonjo. Czy to przez słabość i żądzę pielęgnowała pani dziadunia? Czy to przez słabość i żądzę zdławiły panią łzy na te wspomnienia? Nad miłość nic niema duchowniejszego i gwiazdy przy niej nieczyste, a nad podziękę w cierpieniu niema większej potęgi i mocy. Nie człowiek i nie mędrzec, kto tego nie doznał i nie pojął.
Dziewczynka słuchała go uważnie, zamyśliła się.
— Ja nie wiem — odparła wreszcie — tak czytałam.
— Więc Rafał nie uczył tego pani?
— Nie. Nigdyśmy o tem nie mówili. Czytałam.
— To i chwała Bogu. Znam Rafała; nie mistrz on do tego, o nie! Nieszczęsny ten, komu on będzie kształcił uczucie.
— Dlaczego, panie? — spytała spokojnie.
— Bo i on tylko czytał o tem, jak pani, i nie wiem, czy kiedykolwiek odczuje.
Leonka nagle podniosła głowę, nastawiła ucha.
— Pan Rafał idzie! — rzekła.
Student spojrzał na zegar i wstał zaniepokojony.
— Już dziesiąta? Niepodobna! — zawołał. — Sądziłem, że przed chwilą przyszedłem. Zająłem pani