Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zarazem śmierci żądać i krwią serdeczną przez życie całe ociekać?
Bardzo cicho mówił, wstydząc się może zniechęcenia i goryczy, a Rafał powstał z ziemi i, pięść zwiniętą wznosząc do gwiazd, wybuchnął długo tajoną nienawiścią:
— Poco tam w górę patrzycie? Kogo tam myślicie mieć? Boga? Fikcja! Pusto tam i głucho. Bóg, to wypadek, ślepe fatum, w którem was uczą widzieć łaski i kary. Widziałeś ty sprawiedliwość na świecie? Widziałeś ty słuszność i równość? Pokaż mi Boga w doli twojej: jeśliś pewny, poco cierpisz; jeśli cierpisz, zaco pokutujesz? Lawiny, co druzgocą i pożary podziemne, co lawą i popiołem zioną, takąż mają myśl i sprawiedliwość, bo niszczą doliny śmiejące się, zasypują miasta i ogrody! W nich mieszka Bóg wasz, niszczyciel!
Adam podniósł się nawpół.
— Rafale! — zawołał żałośnie. — Taki dobry dla mnie byłeś przez te długie lata tułaczki! Jak brat! A teraz bluźnisz znowu, gdy ja już odchodzę! O, nie mów tak, nie mów! Nie truj mi tej cichej chwili!
Radwan zamilkł i, przyklęknąwszy, dotknął czoła jego i rąk.
— Boli cię co? Gorzej się czujesz? — spytał niespokojnie.
— Nie! Nad wyraz mi dobrze, tylko czuję, że kresu dobiegam i chciałbym wszystko pokończyć. Bracie, czybyś ty mi wypełnił ostatnią prośbę?
— Mów śmiało.
— Jeżeli cię losy rzucą gdzie niedaleko od kraju, wstąp do Rahoźnej. Powiedz jej, żem już wolny i tam, gdzie kast niema, ni różnic urodzenia, i że mi była po tchnienie ostatnie duszą i myślą i marzeniem o nie-