Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pamiętam. Niewiasta powtórzyła mi ją, a potem wytłumaczono treść.
— Od tych stepów ona teraz do mnie idzie, ta pieśń. O lotosach różowych, rosnących nad głębiną, a które Hindus nazywa kwiatem miłości. I słusznie: miłość tylko kwiatem być może, a mowa jej pieśnią. Kwiatem, z głębi bezdennych wyrosłym, a pieśnią — pogrzebową!
Jakby odpowiadając niemej prośbie biedaka, Rafał śpiewać począł.
Adam oczy zamknął.
Po ciemnej jego twarzy przechodziła łzawa rzewność, to kurcz bólu, to łuny gniewu, to martwota rezygnacji.
Może mu życie złamane stanęło w myśli i toczył walkę, ostatnią już, z człowieczeństwem, które się skarżyło na krzywdy poniesione, trudy daremne, potargane uczucia szlachetne, zamiary zniweczone.
Melodja się powtarzała bez końca, dojmująca właśnie tą rozpaczą monotonną i beznadziejnym smutkiem i skonała wreszcie w ciszy stepu jakąś skargą, którą echo dalekie przeciągało w nieskończoność.
Adam otworzył oczy.
— Umarłym tylko śpiewają tę pieśń nad Gangesem, bo miłość śmiercią jest tutaj, życiem — tam, wysoko, przeto szczęśliwy, kto bieg swój skończy! — szepnął.
— A przecież żyć trzeba i poco? — mówił po chwili przerwy zmęczonym swym, dyszącym głosem. — Tyle bólów i potu i łez... i poco i dlaczego? Żeby zarobić grób i nic więcej! I pocóż, jeśli tak być musi, Bóg dał światu złote słońce i wonne kwiaty, białe obłoki i melodje? Poco dał piękno to całe i kazał człowiekowi