Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przerywana parskaniem koni i śpiewem cykad. Pożaru jeszcze nie było.
— Nie śpisz, bracie? — spytał go cichy głos Adama.
On czuwał, leżąc nawznak, z rękoma pod głową, zapatrzony, jak zwykle, w kopułę błękitną swemi wpadłemi oczyma.
— Spałem już! A ty? — odparł Radwan, siadając koło niego.
— Ja nie mogę. Tak mi jakoś dobrze. Żal przesypiać takie noce.
Zwrócił oczy na step daleki i mówił dalej:
— Od tych stepów jakieś do mnie idą z każdym powiewem wonie i cudne melodje. Nic tak nie lubiłem, jak pieśni i wonie kwiatowe. Upajam się teraz i nigdy tak mi lekko nie było.
Poruszył się i uśmiechnął tęsknie.
— Czy pamiętasz, jaki śpiew słyszeliśmy najpiękniejszy, schodziwszy z końca w koniec ziemię? Nie z naszych, z cudzych i dalekich.
— Ktoby spamiętał?
— To ci przypomnę. Ranek to był, tam, tam, w starych Indjach. Polowaliśmy z oficerami na tygrysa. Osada Hindusów stała nad świętą rzeką i, w ów ranek pogodny, oddawano falom zwłoki młodzieńca. Pamiętasz? Nieśli go na noszach, a za nim rodzina szła, płacząc. Rzucono go w fale Gangesu, naprzeciw dziwacznego posągu, co na wysepce stał, bożek zapewne. Wokoło niego głębinę czarną pokrywały lotosy w kwiecie, biało-rożowe, śliczne. Ciało młodzieńca uwięzło wśród nich chwilę, nim go prąd porwał na czystą wodę, a stara niewiasta została sama z orszaku i śpiewać poczęła pieśń monotonną, siedząc skurczona na brzegu. Pamiętasz?