Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nawet obojętny Rafał miał dla Kate pewne względy; z Franzem czubiła się bez ceremonji, a Bert tolerował, gdy mu z rąk odbierała najlepsze kąski.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Ach, czego się nie przeżyło, nie poznało, nie zniosło, przez te lat ośm i jak minęło, i kiedy?!...
Znikło, jak sen młodości, a na końcu stanął grób, co wszystko zamknął złowrogą pieczęcią, grób wśród falujących pampasów Ameryki...
Gdy myśl Rafała szła wstecz, te lat ośm były różnobarwną wstęgą, którą czas i okoliczności zbieliły i zatarły i tylko jeden obraz pozostał zawsze świeży i żywy, a smutny nad wyraz.
Jak żywą i świeżą miał w pamięci i przed oczyma jasną noc tropikalną i rozpiętą na niebie konstelację Krzyża, bezmierne łąki, stada bydła, ognisko pod kępą drzew i ich czterech.
Byli, jak zawsze, w komplecie, w charakterze stróżów stad jakiegoś Francuza z Buenos-Aires, „który pakował mięso w porcelanowe tabakierki“, wedle określenia Berta.
Czterech było, ale jednego gwałtem zabrali z sobą.
Wymawiał się biedak, że zawadą im tylko będzie i widzieli sami, że w oczach żółkł i marniał, nie siłą pracował, lecz wolą, a nocami w gorączce się rzucał, to się potami oblewał.
Na myśl jednak zostawienia go samego, oburzali się, jak jeden.
— Żółta febra! Bzdurstwo! Zdrów będziesz od stepów! — wołał Bert.
— Ja za ciebie będę robił — ofiarował się poczciwie Franz.