Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niech idzie razem! — rzekł.
Bert zaklął, ale sprzeciwiać się Lachnickiemu nie miał zwyczaju.
Rafał splunął i mruknął przez zęby: „Małpa!“ nie opierając się przyjacielowi. Franz został i przyczepił się do nich, jak rak do sieci.
W miesiąc potem Adam żałośnie przyznał, że koledzy znali lepiej Ruprechta.
Rafał ruszył brwiami.
— Lepiej zły, niż głupi! — zawyrokował.
Był to dopiero początek. Ileż kłopotów przyczynił im ten człowiek!
Ginął co chwila, zawsze z powodu miłostki; odnajdywano go z wielkim trudem, wydzierano często z rąk pijanej gawiedzi siłą pięści i rewolwerów; a gdy sam wracał, był osowiały, zbity, okradziony, i zaklinał się, że to raz ostatni, do nowej zachcianki.
Dziwnie tępa była to mózgownica, krótkowidz dosłownie i w metaforze, przytem próżniak, papla i zarozumiały.
Wędrówka nie nauczyła go niczego. Dziwiło go wszystko, wierzył każdej baśni, bał się strachów i słuchał zawsze ciekawie anegdot Andenberga, choć te rzeczy znał i widział po tysiąc razy.
Był jeszcze piąty towarzysz: Kate, uistiti Adama, mała, sprytna małpeczka. Żuła prymkę, paliła tytoń, jadła ze wspólnej miski strawę żołnierską, lub gryzła naprzemian z właścicielem suchar okrętowy.
Na lądzie i morzu dzieliła ich trudy i zabawy, przyczepiona do ramiona Lachnickiego, lub wsunięta w zanadrze bluzy marynarskiej, rozglądając się ciekawie krągłemi, wiecznie mrugającemi oczkami i strojąc śmieszne grymasy.