Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szarą pocałował i tak pochylony chwilę pozostał. Potem garstkę piasku w róg chustki zawiązał i podniósł się.
Znowu szli dalej i dalej. Nareszcie Rafał się obejrzał.
— No, cóż? Bardzo cię serce holi? — zagadnął.
— Szczęście moje Bóg mi łatwo dał; teraz za nie czas zapłaty przyszedł. Gotówem życiem płacić. Tak długie było i tak wielkie! — odparł głucho.
— Rahoza cię bił podobno.
— Bodajby tylko bił! Krew, co cieknie, nie boli, ale słowo, co błotem i plwocinami czystą duszę obrzuca, gorzej śmierci boli! A łzy jej, jak żar, na mnie padły i zostaną już!...
I znowu szli, nie odzywając się wcale. Noc coraz była ciemniejsza, deszcz ich przejmował do kości, parę ostatnich błyskawic rozdarło niebo i przy ich świetle ukazali się raz jeszcze na pustej drodze. Jeden zuchwały i pyszny — prawie szatan; drugi w bólu cierpliwy, w rozbiciu spokojny — prawie anioł. Szli razem, skojarzeni na wspólną dolę i życie tajemniczą siłą przeznaczenia!...