Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Poruszył się niecierpliwie.
— Nie potrzebuję niczyjego przywiązania, i on mi niepotrzebny! — mruknął. — Niema zresztą o czem mówić. Zechce iść ze mną, to zostaniemy razem. Poco pani płacze? Takie głupstwo ta cała historja!
Ręką machnął i, ruszając ramionami, zawrócił do odejścia.
— Dziękuję panu! — zawołała za nim.
— Niema za co — odparł już za drzwiami.
Na dworze wciąż deszcz padał i Rafał nikogo nie spotkał na drodze do leśniczówki.
Przechodząc przez most, spojrzał w lewo, na to miejsce, gdzie leżał jego rywal. Za krzakami nic nie było widać. Burza się oddalała, pioruny padały rzadsze i cichsze już; nad ziemią siał się mrok, od deszczu i chmur posępny.
Na ganku straży, wygnany sierota stał, już do drogi gotów, i podszedł na spotkanie towarzysza.
Bardzo był blady. Z pod czapki, na skroni, widać było szramę świeżą i krwawą.
Miał na sobie odzież własną, starą i nędzną, w ręku kij tylko. Nic więcej nie wziął z domu, gdzie trzy pokolenia jego rodu przeżyły na wiernej, ciężkiej służbie wiek cały.
Ruszyli w milczeniu. Rafał naprzód, Adam za nim, nie oglądając się za tem, co żegnał na wieki.
Oczy miał suche i wargi zacięte, tylko rękę wsunął w zanadrze, jakby tam ranę bolącą cisnął i tak szli, smagani wichrem, zlani deszczem, w czarną noc, ku nieznanym światom i celom.
Na rozstaju, koło wielkiego krzyża, wśród brzóz płaczących, Adam przystanął i, przyklęknąwszy, ziemię