Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ojcu, córka w stosunkach poufałych ze sługą. Co to za kraj! Jakie to umysły! Gott erbarme!
W tej chwili uchyliła Truda drzwi.
— Warjatka przysłała do pana! — rzekła z umizgiem, śmiejąc się zalotnie do młodego człowieka.
— Brzezowa? — spytał zdziwiony.
— A tak, przysłała służącą.
Rafał wziął tłomoczek na plecy i wyszedł do sali.
— Poczekam na pana... — rzekł Ruprecht.
— Czekaj — zaśmiał się dziwnie, — a żebyś się nie znudził, jak się spóźnię, masz cygara; a ty, Truda, lej mu piwa na mój rachunek. Bywajcie zdrowi!
Zaśmiał się raz jeszcze i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Musiał bardzo nisko schylić głowę w drzwiach Brzezowej; gdy ją podniósł, stał oko w oko z Kazią.
— Gdzie on? — spytała bez żadnego wstępu, cicho.
— Nie wiem! — odparł. — Ma na mnie czekać w straży. Ruszamy za godzinę w świat!
— Tak. Mówił mi. Przepraszam, żem tu pana sprowadziła podstępem, ale chciałam prosić, żebyś go pan nie opuścił tam, daleko! On taki samotny!
— tem lepiej. Będzie mu lżej umierać!
Spazm bólu przebiegł rysy dziewczyny. Oczy pełne łez wzniosła ku temu kamiennemu obliczu potępieńca.
— Niech pan mu nie da samemu cierpieć! — szepnęła. — Proszę mu, sierocie, być bratem i przyjacielem!
Przez oczy jego przeszła dziwna łuna.
— Czy pani wie, kto ja jestem? — spytał krótko.
— Wiem, że on pana kocha, pomimo wszystko!
Zamilkł i z brwią ściągniętą, wyglądał zamyślony.
— Zostanie pan z nim zawsze! — powtórzyła swą prośbę. — Nie rzuci go pan samego.