Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ozon w powietrzu działa na mnie alkoholicznie! — odparł Rafał, wprowadzając konia do stajenki. — Odjeżdżam dzisiaj!
— Już!
— Zdaje mi się, że pora! Trzy tygodnie mija; za tydzień mamy z Bertem wyruszyć już razem.
— Pójdę i ja z wami!
— E, ja i dnia więcej czekać nie myślę.
— To też dzisiaj pójdę do pana Rahozy. Wypędzi mnie i sponiewiera, wiem to. Tymczasem chciałbym z nią spędzić te kilka godzin. Nie zobaczymy się na ziemi już nigdy.
— Więc idź. Ja tu do trzeciej zabawię, potem pojadę na godzin parę za interesem i wrócę. Czekać ciebie będę do siódmej, potem w drogę! Nie będzie nam, sądzę, ciemno, błyskawice przyświecą!
Oczy mu się paliły żądzą wymarszu na bezgranicze, na swobodę i dziką fantazję.
— Pieszo pójdziemy?
— Naturalnie. Nienawidzę kolei!
— Wrócę na czas, o! I wcześniej jeszcze. To tak łatwo i prędko panu Rahozie mnie na proch zetrzeć i zgubić na wieki! Nie będziesz czekał długo.
Westchnął i ruszył przed siebie krokiem automatu.
Rafał na zwalonej kłodzie u drogi siadł i, zapatrzony na mrówki, uwijające się w mchu, pozostał zgarbiony i bezczynny.
Podniósł oczy dopiero na bliskie kroki i spotkał się z wzrokiem Feliksa.
Młody Rahoza wyglądał chmurny i zmartwiony.
Z rękoma założonemi w tył, a wzrokiem utkwionym w ziemię, ujrzał dawnego towarzysza, gdy się prawie już otarł o niego i stanął.