Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




IX.

Czerwone, mgliste słońce wzeszło nad Rahoźną.
Ranek nie dał kropli rosy, powietrze było ciężkie i duszące, a zbierające się oddawna nad lasami chmury groziły długo spodziewaną, straszną, lipcową burzą.
Od przyjazdu Feliksa upłynął tydzień spokojny. Rafała nie widywano nigdzie. Po całych dniach siedział u Schowankowej i czatował, jak pająk w środku sieci, wyglądając oknem na drogę dworską i rynek. Ruprecht przynosił mu co wieczora wieści z pałacu, a dwa razy widział sam, że Feliks przejeżdżał do Sarnowa i zpowrotem. On czekał, jak górnik, co, zapaliwszy saletrzany lont miny, czeka wybuchu.
W ów ranek, przed burzą, wyruszył wreszcie, konno w stronę lasu. Wiatr się już zrywał i kręcił piasek po drodze, płuca, pomimo wczesnej pory, wciągały z trudnością suche i gorące powietrze.
Pomimo to Rafał wyglądał ożywiony i wesół. Gniadosza popędzał do prędkiego biegu i, jak huragan, wpadł do leśniczówki Adama.
Lachnicki, sczerniały i zżarty przez ciągłą troskę i walkę, spotkał go na progu chaty i spojrzał na niego z wyrzutem.
— Czyś taki rad z mego nieszczęścia? — spytał.