Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Doktór spokojny — odparła panna Kazimiera. — Zostanę tu jednak do wieczora, aż się nie polepszy.
— Zostań i ty, Rafale! — poprosił chłopak.
Radwan zrozumiał, że pod jego strażą i oni oboje będą mogli być razem i, pomimo drwiącego uśmiechu, został. Wolał to, niż wizytę w Sarnowie.
Przy łóżku chorej przesiedzieli kilka godzin.
Rozmowa jednak nie szła gładko. Tamci bali się jego sarkazmów, a on wyjątkowo posępny, rozglądał się po pustych ścianach mieszkanka, po sprzętach nielicznych i ubogich, po tej ruinie człowieczej i kipiał wściekłością.
O zmroku ledwie ocknęła się biedna ze swej martwoty. Spojrzała wokoło i zatrzymała zgasłe oczy na Rafale, który siedział najbliżej.
— Chorowałam, panie mój — zaczęła mówić po dawnemu prędko. — Trochę się zmęczyłam i dobrzy ludzie podnieśli, słyszę. Dziękuję panu doktorowi, że mnie odwiedził.
— Nie poznaje mnie pani? — spytał, pochylając się.
Oczy jej zamrugały i na sekundę nabrały stalszego wyrazu, wnet jednak zagasły znowu.
— Poznaję, panie mój, poznaję! Tylko mi oczy popsuły te papiery i druki, więc nie dojrzałam narazie. W Ochajnach raz ostatni widziałam pana mojego! W zły dzień, jak nas z oficyn Zudry wygnali! Przypomniał sobie pan starą znajomą! Dziękuję, dziękuję! Na obiadek proszę. Dawno pan z naszych stron? Cóż tam słychać? Stoi jeszcze stara kuźnia przy drodze i kasztany czy żyją?... Ach, panie mój, jak to daleko i ciężko tam wrócić! Może pan Zudrów widuje? Proszę ode mnie powiedzieć, że znajdę taki sąd, co krzywdę moją oceni i za mną prawo przyzna!