Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kazia, bardzo blada, słuchała z bezmierną przykrością tej mowy bezładnej. Pochyliła się do niej.
— Może panią co boli? — spytała.
— Ach, to ty, Leonka! Wróciłaś przecie! Doczekać się ciebie nie mogłam. Boli! Pewnie, że boli, ale to nic. Przejdzie! Byłaś u Chruścickiego?
— Może pani głodna?
— Pewnie, że głodna i Żuczek głodny. Herbaty mi, dziecko, przygotuj, bo długo pisać będę. Może jutro pozew przyjdzie, trzeba być gotową!
Piesek, słysząc swe imię, wspiął się na łóżko i skomlał żałośnie. Panna Kazimiera wyszła do kuchenki, a mężczyźni siedzieli milczący, nie śmiejąc się poruszyć.
— No i gdzie wasz Bóg — spytał nareszcie Rafał półgłosem, gorzko.
Adam głowię zwiesił.
— Cierpliwy, bo nieśmiertelny! — zacytował wreszcie cicho.
Pod oknem rozległy się kroki i ktoś drzwi otworzył.
— Proszę jasnej panienki! — ozwał się głos lokaja.
— Czego chcesz? — spytała, podchodząc.
— Jasny pan przysłał konie. Jasny panicz przyjechał.
Rafał podskoczył i w ciemności oczy jego mignęły zielono, jak wilcze.
— Nareszcie! — mruknął przez zęby.
Panienka śpiesznie dawała zlecenia służącej i żegnała się. Adam ją przeprowadził.
Gdy powrócił, zastał Rafała u okna.
Wyglądał rozpromieniony i szczęśliwy.
— Bywaj zdrów, albo chodź ze mną. Wypijemy ponczu u Schowankowej. Wesół jestem.