Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I są głupcy, co świat ten cenią i ludzkość szanują. Niech tu przyjdą i popatrzą! — zawołał wybuchając.
Panna Kazimiera pogodne swe oczy podniosła ku niemu.
— A przecie żyć i pracować trzeba, a nienawidzieć nie wolno, bo może my wobec Boga najgorsi! — rzekła zcicha.
Rafał bystro na nią spojrzał.
— Za to też was kocha ten lunatyk. Dobraliście się w korcu maku! Bóg — wynagrodzenie za wszystko!
Panienka zarumieniła się i zamilkła chwilę. Potem znowu ogarnęła go tem spojrzeniem swem jasnem i uśmiechnęła się łzawo.
— Pan, gdy wszystko wie, dlaczego się dziwi? Coby zostało cierpiącym, gdybyście nam Boga wzięli? Znam pana z opowieści pana Adama. Jednych nawraca pieśń tylko, innych grom. Panu gromu trzeba i dlatego serdecznie żałuję pana! To pana gniewa? Przepraszam, alem panu bardzo życzliwa, choć się tak mało znamy!
Drzwi się rozwarły, wszedł doktór. Znał Rafała z wieczorów w oberży, a Kazię od dziecka.
Chorą obejrzał i ręką machnął.
— Nic jej nie będzie. Przydusiło ją gorąco w sądzie, potem przypiekło słońce. Lód, parę synapizmów, orszada i spokój. Idjoci mają twarde zdrowie. Jutro będzie Zudrów procesować!
Pogadał chwilę i odszedł.
Rafał też za czapkę brał, gdy drzwi się znowu rozwarły i wszedł Adam.
— Twój koń mnie nastraszył. Złapałem go koło leśniczówki i bałem się wypadku. W oberży objaśniono mnie. Jakże ta nieboga?