Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wreszcie rozwarła swe oczy błędne, powiodła niemi wkoło i uśmiechnęła się dobrotliwie.
— Upadłam, panie mój, upadłam! Tyle bo drogi odbyłam za tym procesem! Przepraszam mojego pana!
Mówiła to, patrząc już przed siebie w próżnię, i spróbowała stanąć, ale się osunęła znowu.
Ręce jej poruszały się niespokojnie, chcąc podnieść torebkę i parasolkę. Żuczek lizał te biedne ręce i, jakby jej pomóc chciał, podskakiwał.
— Przepraszam mojego pana. Wdowa ja teraz i skrzywdzona, ale to nic! Jest sąd na krzywdę, jest, a ja go się doczekam, wspomni pan moje słowo.
Rafał wziął ją na ręce, jak dziecko, cały czerwony od nieznanego sobie wrażenia i, zwracając się do panienki:
— Gdzie jej dom? — spytał głucho.
Panna Kazimiera wzięła torbę i parasolkę, poszła przodem, a staruszka dała się nieść i mówiła:
— Żartuje mój pan, żartuje! Nie czas mnie jeszcze w górę podnosić. Ale to przyjdzie. Wdowa Brzezowa pójdzie wysoko, wysoko! Wszystko jej wrócą, wszystko zapłacą, a Zudrowie nędzni będą, podli będą, pognębieni będą! Doczekam się, jest sąd, tylko niema dotąd mojej kolei! Niema.
Zamilkła. Na rękę Rafała, którą ją podtrzymywał, spadła gorąca kropla, potem druga i trzecia. Wchodzili na próg domostwa.
Stara sługa, opłacana przez panienkę, podniosła lament. Posłano ją po doktora, a Rafał swój ciężar złożył na posłaniu i podczas gdy panna Kazimiera rozbierała ją z kapelusza i mantylki, stał i patrzał z brwią ściągniętą i dzikim błyskiem oczu.