Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pójdziemy może razem! — rzekł Rafał.
— Razem? Dokąd? — zagadnął Adam.
— Het! — Ręka Radwana wskazała przed siebie. — Pójdziemy, jeżeliś wart, by cię zabrać z sobą! Dokąd? Śmieszny jesteś. Dopóki myśli stanie i aż rękoma nie uchwycimy skłonu widnokręgu!
— Żartujesz, czy mówisz prawdę?
— Ja nigdy nie żartuję.
— Więc jakże? A twoje studja filozoficzne?
— Do djabła. Skończony mój z niemi rachunek. Teraz będę żył całą piersią!
— Więc już znalazłeś prawdę i Boga?
— A tobie co do tego! — odparł burkliwie Rafał. — W każdym razie znalazłem coś lepszego, niż ty, bo jestem wolny.
— Każdy wymaga czegoś innego od szczęścia — szepnął Adam.
Umilkli. Rafał zabawiał się dymem cygara, towarzysz, zapatrzony w światło lampki, rozmyślał.
Na dworze dzień się już zrobił i bielało niebo nad wierzchołkami starych jodeł, a przez otwarte okno rzeźwiący prąd rannego powietrza wkradał się do izby, chłodząc rozpalone czoło filozofa i zmęczone oczy biednego sieroty. Obadwa czuli, że w doli ich nadchodzi stanowcze rozwiązanie, pełne walk i posępnych dramatów. Jeden się wzdrygał przed bólem i, przymknąwszy źrenice, sen swój młody chciał śnić jeszcze przez chwilę; drugi, podniecony zemstą, chłostałby czas, jak rumaka, byle prędzej mógł dokonać dzieła zniszczenia, byle prędzej dogodzić żądzy, co, jak hydra, piła mu krew, szarpała szponami rozhukaną duszę.
— Zabawisz długo tutaj? — zagadnął Adam.