Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A choćby w przepaść, byle nie żyć w niepewności!
— A potem? — szepnął sam do siebie Adam.
— Potem! Ha, ha, świat szeroki!
Lachnicki głową potrząsnął.
— I co mi ten pusty świat da? Iść i iść przed siebie dobrze temu, co duszę ma szczęśliwą i serce wolne. A ja wszędy za sobą poniosę wspomnienia i tęsknotę.
Rafał się porwał na nogi, wzburzony i zniecierpliwiony.
— Wolisz tu gnić i wegetować, więc milcz przynajmniej! Głupcem jest, kto kocha i sam dobrowolnie zakuwa swe człowieczeństwo w nikczemne kajdany; ale kto, kochając, nie idzie przebojem, nie próbuje walki, tylko pleśnieje w bezczynności i siłę ma jedynie do skargi i lamentów, ten już nie głupi nawet, ale podły!
Lachnicki poczerwieniał, dotknięty tym bezwzględnym sądem. W głębi jego gołębiej natury poczynał się budzić bunt, opór i energja rozpaczy.
Oczyma, co zabłysły po dawnemu, spojrzał na kolegę i, otrząsając się z martwej rezygnacji, spytał śmiało:
— Więc mam iść do Rahozy?
— Iść i o córkę prosić.
— Pójdę! Cóż z tego? Wypędzi, jak psa, z domu i majątku.
— Wypędzi! Naturalnie! Wówczas pannę zabrać i uchodzić!
— Nigdy! Dokąd? Poco? Jaki los jej zgotuję? Co jej dam wzamian za utraconą rodzinę, kraj, pozycję, mienie! Nigdy! Sam pójdę!
Ciszej dokończył, już znowu opadnięty strachem przed tem rozstaniem, żalem i mnóstwem skrupułów.