Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Miesiąc. Mam interes.
— I pójdziesz potem? — szepnął, jakby do siebie mówił.
— Pójdę z tobą, albo sam!
— To i młody pan może z tobą przyjechał! — zwrócił Lachnicki rozmowę na inny temat. — Podobno razem byliście w Monachjum. Na artystę się kieruje i z Sarnecką żenić się zamyśla, słyszałem.
— Póki wasz młody pan przyjedzie, dużo wody upłynie! — zaśmiał się sardonicznie Rafał. — Byliśmy razem, cha, cha! zapewne już raz ostatni w życiu. Nacieszyliśmy się sobą dowoli! Ja tu przyjechałem bez niego, ale z jego narzeczoną!
Wstał, przeciągnął się powolnym, leniwym ruchem drapieżnego zwierzęcia. W podwójnem oświetleniu ranka i lampy, gibkie jego członki miały elastyczne ruchy dzikiej, głodnej żeru bestji. Zaśmiał się raz jeszcze. W śmiechu tym wszystko było, oprócz wesołości.
— Bywaj zdrów tymczasem! Idę już, — rzekł, sięgając po czapkę.
— Dokąd? Nie zostaniesz u mnie?
— W straży Rahozów! Nie. Jest przecie, sądzę, Schowankowa w miasteczku. Raz już pan Feliks zabawiał sąsiadów moim widokiem, jako strażnika, to dosyć!
Przez okno na podwórze wyskoczył i zniknął, jak widmo, jak pokusa i jak zwykle, zostawił za sobą gorycz i przygnębiające wrażenie.
Odszedł, ale zmora nie uszła, pokusa została, i jak puch marny, rozlatywały się resztki snów złotych, ostatnie gasły skierki utrzymywanych tak długo nadziei.