Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Feliksa jestem ojciec, Feliksa Rahozy! — bronił się rozpaczliwie obywatel.
— Ach, tak, przepraszam! Tak zawsze na tem mieszkaniu język mi się miesza! Bardzo polityczny pański syn, a wesół a przylepka, a jakie do panien ma szczęście! Skarb takie dziecko!
— A cóż on robi? Czego się uczy?
— Ach, panie mój, czego on nie robi! To śpiewa, to gra, a jakie kalikatury maluje! A zawsze czas znajdzie na wesołość; ot i tego podłego psa różnych sztuk nauczył i Leonkę rozerwie od zbytku nauki; ach, panie mój, co to za kochany człowiek! Pociecha w smutku, pomoc w potrzebie!
— Co ja słyszę, co ja słyszę! A uczyć się, uczyć! To on, oprócz błazeństw i malowania, nic więcej nie robi?
— Uczy się, panie mój, uczy! Pewnie, pewnie, bo jakżeby to wszystko umiał bez nauki! Taki śliczny, a wesół-że, wesół! A do przezwisk, to już jedyny! Siebie poprzezywali, a i ten pies gałgan Żuczek się wabił, a teraz Żaczek i Żaczek! Sama nie wiem, jak to przyszło, że i ja go tak nazywam! Niby, widzi pan, pan Rafał woła Żaczek, a pan Feliks Żuczek. Jezus! A to mi się język splątał, pan Feliks Żaczek... pfe! już i sama nie wiem, ale pan łaskawy rozumie! Ot i szołtonosy dziś zjadł i tak codzień, niech ręka Boska broni, co to za dom, co to za założenie jego feralne! Od kwartału muszę się wyprowadzić, bo zwarjować trzeba! A może i wcale dalej się wyniesiemy, bo widzi pan, lada dzień przyjdzie rezolucja senatu! Siedzi tu wprawdzie średni Zudra, stryjeczny męża mojej babki, wie pan, — syn chorążego, — żonaty też z Burhakówną, ale z innej rodziny... otóż... co ja miałam mówić...